A+ A A-
  • Kategoria: ZOP
  • Odsłony: 2204

Mijała czwarta godzina lotu. Pierwszy pilot i dowódca Wellingtona kpt. Emil Ladro przetarł zmęczone oczy i przeciągnął się. "Jeszcze godzina i wracamy do Dale" - powiedział do drugiego pilota, kapitana Jana Białego. Ten odpowiedział skinieniem głowy. Nagle zaczął intensywnie wpatrywać się w jakiś punkt na horyzoncie. Punkt rósł bardzo szybko i rozdzielił się na cztery mniejsze punkciki.

"Mamy towarzystwo" - powiedział drugi pilot do swojego dowódcy.

Dywizjon 304. "Ziemi Śląskiej" był trzecim z kolei polskim dywizjonem bombowym utworzonym w Wielkiej Brytanii po dywizjonach 300. "Ziemi Mazowieckiej" i 301. "Ziemi Pomorskiej". Rozkaz powołujący go do życia został wydany w Bramcote 23 sierpnia 1940 roku. Początkowo liczył 185 lotników, w tym 31 oficerów. Większość z nich miała doświadczenie zdobyte w kampanii wrześniowej i walkach we Francji. Mimo tego w ciągu pierwszych kilku miesięcy dywizjon miał status jednostki treningowej. Polacy musieli w ekspresowym tempie opanować język angielski, wykuć na pamięć niezliczone RAF-owskie instrukcje i regulaminy, a przede wszystkim - poznać w najdrobniejszych detalach nowe samoloty, którymi mieli latać - bombowce Vickers Wellington.

Dni upływały na intensywnej nauce. W grudniu 1940 roku dywizjon został przeniesiony na lotnisko w Syerston. Chrzest bojowy nastąpił pięć miesięcy później. W nocy z 24 na 25 kwietnia 1941 roku piloci Sym i Czetowicz poprowadzili dwie maszyny w nalocie na niemieckie instalacje w Rotterdamie. W ciągu kolejnych dni wszyscy lotnicy dywizjonu mieli okazję uczestniczyć w akcji. Powoli zdobywali bezcenne doświadczenie. Wkrótce ponieśli też pierwsze straty. W maju 1941 roku do bazy nie wróciły trzy załogi. W drugiej połowie roku dywizjon już regularnie latał z bombami nad Niemcy. Bombardowali Kolonię, Düsseldorf, Frankfurt i Zagłębie Ruhry. Ogółem w 1941 roku 304. Dywizjon odbył 214 misji bombowych tracąc 47 lotników. Pierwsze miesiące 1942 roku były wyjątkowo trudne. Alianci zintensyfikowali bombardowania Niemiec i Wellingtony z 304. Dywizjonu podrywały się w powietrze niemal każdego dnia. W kwietniu 1942 roku z misji nie powróciło sześć załóg (36 ludzi).

Poległych trudno było zastąpić - wszyscy młodzi lotnicy po krótkim przeszkoleniu trafiali do jednostek operacyjnych, a nowych kandydatów brakowało. 304. Dywizjon z trudem mógł skompletować sześć lub siedem załóg.

Dowództwo RAF-u podjęło decyzję o przeniesieniu zdziesiątkowanej jednostki do dyspozycji Dowództwa Obrony Wybrzeża. Nowym zadaniem Polaków było patrolowanie Atlantyku w poszukiwaniu U-Bootów. Były to loty mniej niebezpieczne, niż misje bombowe nad Niemcami i Francją, ale o wiele dłuższe i bardzo nużące.

Nową bazą dywizjonu została maleńka, smagana wiatrem szkocka wysepka Tiree w archipelagu Hebrydów Wewnętrznych. Tam szkolili się w lotach nad oceanem i uczyli się walki z U-Bootami. Większość załóg nigdy wcześniej nie widziała na oczy okrętu podwodnego, więc nie obyło się bez wpadek. Jeden z polskich Wellingtonów obrzucił bombami głębinowymi wysepkę Rockall - samotną skałę sterczącą z morza 300 mil na zachód od Szkocji, biorąc ją za U-Boota. Mimo pewnych trudności lotnicy wkrótce przyzwyczaili się do nowych zadań i rozpoczęli regularne polowania na niemieckie okręty podwodne.

Po pewnym czasie dywizjon czekała kolejna przeprowadzka - tym razem do Dale w południowej Walii. Otrzymali nowy obszar do patrolowania - Zatokę Biskajską. Pogoda była tam o wiele lepsza, niż w Szkocji, no i szanse na spotkanie U-Boota o wiele większe. W sierpniu 1942 roku Wellingtony pilotowane przez kapitanów Zarudzkiego i Nowickiego zniszczyły dwa niemieckie okręty podwodne. Piloci polskiego dywizjonu szybko stali się postrachem niemieckich marynarzy.


Polski Wellington z 304 Dywizjonu przygotowywany do lotu. Lotnisko w Dale, 1942 rok. / Zdjęcie: Internet

Niemcy szybko zorientowali się w sytuacji i zaczęli patrolować rejon Zatoki przy użyciu Messerschmittów Me-110 i Junkersów Ju-88.

9 lutego 1943 roku Wellington o oznaczeniu NZ-W z załogą w składzie kpt. Emil Ladro, kpt. Jan Biały, por. Stanisław Płachciński, kpr. Kazimierz Chłopicki, kpr. Władysław Piskorski i plut. Antoni Ulicki wystartował do rutynowego lotu patrolowego nad Zatokę Biskajską. Po około czterech godzinach lotu na horyzoncie pojawiły się cztery Junkersy Ju-88. Kapitan Ladro natychmiast rozkazał wyrzucić bomby głębinowe, przejął stery bombowca i ostro zanurkował wyrównując lot tuż nad powierzchnią morza. Tylny strzelec otworzył ogień do Junkersów, strącając jednego z nich. Pozostałe trzy nie były dłużne - serie z ich karabinów podziurawiły Wellingtona jak sito. Kapitan Ladro ostro manewrował bombowcem ustawiając go tyłem do przeciwników. (Tylna wieżyczka strzelnicza posiadała potężny czterlufowy karabin maszynowy Browning kaliber 7,7 mm.)

Jeden z Junkersów nabrał wysokości i nadlatując nad Wellingtona puścił morderczą serię. Drugi pilot i przedni strzelec zostali ciężko ranni. Pociski zniszczyły także przyrządy celownicze tylnej wieżyczki, ale siedzący w niej strzelec został tylko lekko ranny i nadal szachował Niemców ogniem. Nawigator Stanisław Płachciński obserwował przestrzeń wokół samolotu i przekazywał informacje zlanemu potem dowódcy, który dokonywał cudów pilotażu uciekając postrzelaną maszyną przed pociskami Junkersów. Te zaś nie miały zamiaru rezygnować ze zdobyczy. Pocisk z działka jednego z nich wyrwał niemal metrową dziurę w prawym skrzydle bombowca. Tylny strzelec nieustannie ostrzeliwywał przeciwników.

Kiedy Junkersy nabierały wysokości kapitan Ladro korzystając z krótkiej przerwy przytrzymywał stery kolanami dając odpocząć ramionom. Po pewnym czasie Niemcom zabrakło amunicji. Próbowali więc zmusić Wellingtona do wodowania przelatując tuż nad nim lub zalatując mu drogę. Manewrując tuż nad powierzchnią morza bombowiec cały czas zbliżał się do brytyjskiego wybrzeża. Radiotelegrafista kpr. Kazimierz Chłopicki nieprzerwanie nadawał sygnał Mayday prosząc o pomoc z lądu.

Sygnał odebrał brytyjski dywizjon myśliwski stacjonujący w St. Eval w Kornwalii. Na pomoc polskiemu bombowcowi wystartował klucz myśliwców Beaufighter. Nierówna walka Wellingtona z trzema Junkersami trwała godzinę. Po tym czasie niemieckie samoloty zostawiły swoją niedoszłą ofiarę w spokoju i odleciały w stronę Francji. To była najdłuższa samotna walka stoczona przez aliancki bombowiec w czasie II Wojny Światowej. Załoga zawdzięczała życie mistrzowskiemu pilotażowi swojego dowódcy, jego opanowaniu oraz idealnej współpracy z nawigatorem i tylnym strzelcem. Nie mniej ważną rolę odegrała legendarna wręcz odporność Wellingtona na uszkodzenia.


Wellington NZ-W dowodzony przez kapitana Emila Ladro po wylądowaniu. W prawym skrzydle widoczna dziura wyrwana pociskiem z Ju-88. / Zdjęcie: Internet

Postrzelany bombowiec doleciał do Wielkiej Brytanii i wylądował na lotnisku w Predannack. Kiedy kołował po pasie startowym dowódca klucza Beaufighterów przekazał do bazy meldunek o odnalezieniu i zestrzeleniu trzech Junkersów.

* * *

Drugi pilot Wellingtona, kapitan Jan Biały po wyzdrowieniu zgłosił się na szkolenie Cichociemnych, które przeszedł pomyślnie przybierając pseudonim "Kadłub". W nocy z 27 na 28 kwietnia 1944 roku został zrzucony do Polski. Walczył w Powstaniu Warszawskim. Odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych. Zmarł w 1984 roku w Bytomiu.

Biszop Źródło: blogbiszopa.blog.onet.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy


Odśwież