A+ A A-

Od dawna na świecie panowało przeświadczenie, że to, co leży na dnie, ma tam pozostać. Nikt wcześniej nie próbował wydobywać zatopionych okrętów a już na pewno okrętu innego państwa. Zimna wojna jednak rządziła się swoimi prawami, rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR czasami przybierała bardzo dziwne kształty.

Tak było między innymi w 1968 roku, kiedy to CIA postanowiło wydobyć w tajemnicy przed całym światem zatopiony koło wyspy Guam (niedaleko Hawajów) i leżący na głębokości 5500 metrów radziecki okręt podwodny o napędzie konwencjonalnym K-129 projektu 629A (oznaczenie zachodnie: typ Golf), który flota radziecka "zgubiła" 8 marca 1968 roku.

 

K-129

CIA chciała zbadać, co ten okręt robił tak blisko amerykańskiego wybrzeża. Czy był to okręt ze zbuntowaną załogą i został storpedowany przez samych Rosjan, czy szalony dowódca postanowił zaatakować amerykańskie miasta? Centralna Agencja Wywiadowcza chciała również wydobyć z zatopionego okrętu pociski balistyczne, które były na wyposażeniu jednostek tego typu. Wydobycie tak cennego ładunku pozwoliłoby poznać jak daleko zaawansowana jest technologia uzbrojenia ZSRR w broń z ładunkiem atomowym. CIA postanowiła przeprowadzić tak dużą operację skrywając ją przed opinią publiczną, gdyż chodziło tu o wydobycie okrętu innego państwa bez jego zgody. W tym przedsięwzięciu pomógł CIA super-ekscentryk, multimilioner, Howard Hughes, który znany był z licznych dziwactw i oryginalnych pomysłów. Tak, więc nikogo nie zdziwiło, kiedy Hughes ogłosił, iż zamierza wydobywać złoto oraz mangan z dna morskiego i w tym celu zbuduje specjalistyczny statek przystosowany do penetrowania środowiska morskiego. Taka oficjalna wersja idealnie maskowała prawdziwy charakter akcji, którą zamierzono przeprowadzić. CIA nadała tej akcji kryptonim "Operacja Jennifer".

Budowany statek postanowiono wyposażyć w olbrzymi basen, w którym można byłoby ukryć wydobyty okręt oraz odpowiednie urządzenia, umożliwiające wydobycie wraku z dna morskiego. Konstrukcji tego nowatorskiego urządzenia (dźwigu) podjęła się firma Lockheed Missiles Space Company, a statek budowano w Sun Shipbuilding & Dry Dock.

Centralna Agencja Wywiadowcza starannie dobrała załogę Glomar Explorer'a (tak nazwano nowowybudowany statek), jak i również osoby stanowiące personel rządowy. Podczas budowy okrętu zabronione było m.in., oficjalne przebywanie jakikolwiek osobistościom rządowym na placu budowy. Eksperci pojawiali się, jeśli było to konieczne, ale wtedy musieli być przebrani za pracowników stoczniowych lub inaczej ucharakteryzowani. Skrupulatnie przestrzegano środków bezpieczeństwa, tak by KGB nie wpadło na trop operacji. Po zbudowaniu przez Lockheed Missiles Space Company dźwigu umożliwiającego podniesienie okrętu podwodnego, załoga w specjalnym hangarze ćwiczyła manewr podniesienia okrętu, wykorzystując do tego celu odpowiednio zbudowaną makietę okrętu podwodnego. Najważniejsze było precyzyjne namierzenie wraku okrętu, było to możliwe dzięki specjalnym czujnikom, które marynarka wojenna USA rozlokowała na wszystkich morzach i oceanach. Dzięki tym czujnikom mogła (i nadal może) śledzić ruch okrętów. Urządzenia te wychwyciły moment zatonięcia okrętu i towarzyszące temu charakterystyczne trzaski zgniatanego kadłuba. Szybko namierzono okręt i dokładnie zlokalizowano miejsce zatonięcia. Do tego zadania wyznaczono trzy jednostki: okręt podwodny Halibut (SSN 587), okręt podwodny Seawolf (SSN 575), oraz statek wykorzystywany do badań oceanograficznych USNS Mizar (T-Agor). Ten ostatni wyposażony był w specjalistyczny sprzęt do poszukiwań morskich. USNS Mizar w 1964 roku brał również udział w operacji mającej na celu zlokalizowanie zagubionego okrętu podwodnego z napędem atomowym USS Tresher oraz USS Scorpion.

Glomar Explorer

Glomar Explorer przybył na miejsce zatonięcia K-129 w lipcu 1974 roku. Okręt wyposażony w specjalistyczny dźwig / chwytak oraz odpowiedniej wielkości basen przystąpił do akcji. Urządzenie do podnoszenia okrętu podwodnego opuszczano 2 dni. Podczas opuszczania chwytak mocno uderzył w leżący wrak. Po kilku próbach udało się operatorom przymocować chwytak do kadłuba K-129, następnie powoli rozpoczęto podnoszenie ważącego ponad 5100 ton okrętu. Centymetr po centymetrze K-129 unosił się do góry. Wtedy ukazał się na horyzoncie radziecki trawler, który powoli zbliżał się do Glomar Explorer'a. Załoga statku wpatrywała się w zbliżający statek, obawiając się, że w tajemnicy misternie planowana akcja została jednak wykryta przez służby wywiadowcze ZSRR. Trawler zatoczył obok okrętu koło i odpłynął dalej. Tymczasem, gdy kadłub K-129 znajdował się 1500 m nad dnem pękły trzy ramiona chwytaka, okręt obrócił się i z wyrzutni wysunął się jeden z pocisków balistycznych, który opadł w otchłań. Przez chwilę cała załoga Glomar Explorer'a zamarła, na szczęście nie doszło do eksplozji. Kadłub okrętu pękł na trzy części, które następnie opadły z powrotem na dno. Technicy postanowili spróbować wydobyć jak najwięcej fragmentów okrętu, które potem można by było poddać drobiazgowej analizie. Udało się jednak wydobyć tylko 11 metrowy fragment wraz z ciałami kilku marynarzy.

Miliony dolarów wyrzucono w błoto. CIA całą operację chciała powtórzyć za rok po przekonstruowaniu chwytaka, lecz całą sprawę "wywęszyli" dziennikarze i wszystko wyszło na jaw. Chęć zapoznania się z konstrukcją okrętu oraz wydobycie pocisków balistycznych nie doszła do skutku. Operacja okazała się całkowitym fiaskiem. Źle skonstruowany chwytak nie był w stanie podnieść tak dużej konstrukcji gdyż źle oceniono wyporność K-129.

Inne zdjęcie rosyjskiego okrętu podwodnego K-129.

Nieograniczony budżet, (koszt "Operacji Jennifer" szacowany był na 550 mln USD) a także przychylność prezydenta nie wystarczyły na wydobycie wraku okrętu z tak znacznej głębokości (5500 m.). CIA straciła możliwość zapoznania się z ważnymi urządzeniami, rakietami balistycznymi, kodami i maszynami szyfrującymi, które dostarczyłyby cennych informacji wywiadowczych.

   
 
Wydobyte ciała rosyjskich marynarzy zostały pochowane z honorami w morzu.

CIA nigdy oficjalnie nie przyznała się do przeprowadzenia tej operacji, jedynym dowodem była wyemitowana kaseta video, na której zarejestrowano pogrzeb członków okrętu K-129.

Strona rosyjska nigdy nie podała przyczyny zatonięcia K-129. Kaitan Peter Huchthausen, wyższy wojenno morski attache w Moskwie, próbował dociec prawdy rozmawiając z rosyjskimi admirałami, o katastrofie K-129. Rosyjski admirał Piotr Nawojciew wypowiadał się, iż kapitan zatopionego okrętu był bardzo młody i być może to było powodem katastrofy. Wspomniał również, iż po katastrofie załoga okrętu została potępiona gdyż uważano, że marynarze chcieli uciec wraz z okrętem do USA.

Gdy, w 1995 r. Peter Huchthausen, przeszedł w stan spoczynku i rozpoczął pracę nad książką "O sowieckiej flocie podwodnej", przeprowadził wywiad z Wiktorem Dygało, (byłym dowódcą dywizjonu okrętów podwodnych w skład, którego wchodził K-129). Dygało opowiedział Huchthausenowi, że istniało nieoficjalne porozumienie między dowódcami obu stron, polegające na wzajemnym nie dociekaniu przyczyn i nie szukaniu śladów po zatopionych okrętach: radzieckim K-129 i amerykańskim Skorpion. Dygało stwierdził również, że rodziny, bliscy, oraz osoby zainteresowane tą tragedią mogą zapomnieć o tym, że kiedykolwiek dowiedzą się prawdy.

Zatonięcie K-129 w pobliżu Hawajów, jak i późniejsze próby wydobycia okrętu przez CIA, stanowią jedną z licznych zagadek okresu zimnej wojny, która prawdopodobnie nigdy do końca nie zostanie rozwiązana.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy


Odśwież