A+ A A-

Mój krajan, weteran pracy słynnego jarosławskiego zakładu oponiarskiego, Siemion Ilicz Matwiejew w roku 1954 pełnił służbę wojskową w stopniu gławnego starsziny (bosmana) na niszczycielu Wieduszczij Floty Oceanu Spokojnego. Pewnego letniego dnia 1954 roku na niszczycielu, który był okrętem dyżurnym eskadry ogłoszono alarm bojowy i po zejściu z kotwicy skierowano go pełną prędkością w rejon Zatoki Posjeta.

 

Artykuł zamieszczony dzięki uprzejmości czasopisma Okręty Wojenne

Tam znajdowało się już 10-12 naszych jednostek trałowców i dużych ścigaczy okrętów podwodnych, które "ganiały" nieznany okręt podwodny, obrzucając go bombami głębinowymi. W samym polowaniu Wieduszczij jednak nie uczestniczył, bowiem po osiągnięciu nakazanego rejonu otrzymał z jednego z trałowców rozkaz "Wracajcie do bazy". Na powierzchni morza migotała już plama solaru. Takim, zapewne jednym z wielu w czasie służby, pozostał by zapewne alarm w pamięci weteranów Floty Oceanu Spokojnego, gdyby nie opisane poniżej wydarzenia, które nastąpiły nieco później.

Po miesiącu, może połtora od "podwodnych łowów" w rejonie Zalewu Posjeta został wydobyty na powierzchnię okręt podwodny, który następnie odholowano do stoczni "Dalzawod" we Władywostoku. W tym akurat dniu Wieduszczij ponownie był okrętem dyżurnym eskadry, wobec czego z jego załogi skierowano 10 ochotników do oczyszczenia przyholowanego wraka. Wśród ochotników znajdował się również Matwiejew. Do tej chwili Siemion Ilicz zdążył już nieraz przebywać na pokładach okrętów podwodnych Floty Oceanu Spokojnego, bowiem wchodził w skład grupy specjalistów, którzy z pod wody określali dokładność ćwiczebnych ataków bombami głębinowymi przeprowadzanych przez macierzystą jednostkę.

Gdy marynarze z Wieduszczij przybyli do stoczni "Dalzawod" wydobyta jednostka znajdowała się już w suchym doku pod strażą uzbrojonych żołnierzy. Do tego momentu położono już drewniane trapy, po których wchodziło się na pokład okrętu podwodnego. "Śmieciarze" z niszczyciela nie byli pierwszymi na wydobytym wraku, wszystkie luki w kiosku i między przedziałami we wnętrzu kadłuba były już otwarte przy użyciu palników. Jako pierwsi na pokład weszli "osobiści" (przyp. tłum. "funkcjonariusze kontrwywiadu" "Osobyjotriad" pol. "Oddział specjalny" stąd rosyjski skrót) ze sztabu floty, którzy z miejsca zabrali z centralnego przedziału wszystkie znajdujące się w nim dokumenty.


Jedna z zatoczek radzieckiego Dalekiego Wchodu z cumującymi w niej okrętami:
ścigaczem okrętów podwodnych typu Kronstadt (proj. 122bis)
oraz trałowcem typu T-43 (proj. 254). fot. zbiory Siergiej Bałakin.

Wydobyty okręt był niewielki (jednak wg słów Matwiejewa, większy od radzieckich jednostek typu Malutka), kioskiem w kształcie klina i działkiem przed nim (uzbrojenie od razu zdemontowano, gdy tylko marynarze z Wieduszczi rozpoczęli swoją "brudną" robotę). Kadłub był pomalowany na kolor szaro-niebieski (stalowy), czysty bez żadnej "brody" wodorostów. Na kadłubie były solidne ślady wgnieceń po wybuchach bomb głębinowych, zaś w dziobowym przedziale, który okazał się być zatopionym, duże przebicie. Choć w doku z przedziału wypompowano większą część wody, to jednak pozostawała one jeszcze w jego wnętrzu. Okręt podzielony był na 3 przedziały. W zatopionym dziobowym znajdowały się 2 wyrzutnie torpedowe, z których same torpedy do czasu przybycia marynarzy z Wieduszczyj zostały już rozbrojone. W trzecim, rufowym przedziale wyrzutni torpedowych nie było. Początkowo przedział rufowy i centralny były szczelnie zamknięte, stąd też pozostawały suche.

Jeden z radzieckich małych okrętów podwodnych typu Malutka, który kształtem
kiosku bardzo przypomina opisywany przez autora zatopiony okręt. fot. zbiory Anatolij N. Odajnik.

Ochotnicy, odziani w pogumowane kombinezony opchem oraz izolacyjne maski przeciwgazowe z zewnętrznymi wężami, pracowali parami. Wnętrze okrętu oświetlano za pomocą przenośnych lamp. Marynarze z niszczyciela opuścili się do wnętrza, które szybko obejrzeli (stać im nie pozwalano, ponaglając z pokładu do pośpiechu), po czym przystąpili do swej "żałobnej" pracy. Ciała martwych podwodników, których było 15-16, wkładali do worków i wynosili z wnętrza okrętu. Ciała znajdowały się w rozkładzie, przypominały "galaretę" i silnie cuchnęły. Resztki ciała wkładano do worków łopatka, kości w rękawiczkach. Sam Siemion Ilicz wraz ze swym partnerem osobiście zebrali 5 worków ze szczątkami pięciu podwodników. Polegli byli średniego wzrostu, około 170 cm, maluchów wśród nich nie było. Wszyscy mieli na nogach buty, zaś odziani byli w jasnoszare kombinezony z szerokimi pasami, u dwóch na piersiach były naszywki z numerami, wszyscy mieli berety, ani jednej czapki z daszkiem. Ciała znajdowały się na całym okręcie podwodnym w różnych pozycjach, widać było, że liczni podwodnicy umierali w męczarniach. w niewielkiej kabinie Matwiejew znalazł ciało dowódcy jednostki, który zakończył życie samobójstwem w jego czaszce była dziura od kuli, a w ręce pistolet, zupełnie nie podobny do radzieckich. Gdy następnie przekazano pistolet "osobiście", ten oglądając go odrzekł słowa w rodzaju "Krewniak Walthera". Później podobno na pokładzie okrętu odnaleziono całą skrzynkę z bronią, pistoletami i bronią automatyczną, jednak Matwiejew sam tego nie widział, a jedynie słyszał od swych towarzyszy. Do oddzielnego worka, który następnie przekazali "osobistom", "śmieciarze" zbierali także wszystkie papiery, jakie wpadły im w oczy.

Jaka była przynależność państwowa wydobytego okrętu podwodnego, Siemion Ilicz Matwiejew nie wie dokładnie po dziś dzień. Jednostka nie miała żadnych "znaków szczególnych", Matwiejew nie zauważył ich nawet na urządzeniach pokładowych, które na wszelki wypadek powinny być opisane w języku rosyjskim. Jest on przekonany, że był to zagraniczny szpiegowski okręt podwodny, który stał się jedną z ofiar "zimnej wojny". Na zakończenie swego opowiadania, Siemion Ilicz wspomniał, że od niego i innych uczestników opisywanych wydarzeń, jeszcze w roku 1954 wzięto zobowiązanie o "dochowaniu" tajemnicy przez okres 20 lat.

Niszczycieli Wieduszczij (proj. 30bis) na którym służył autor artykułu. fot. zbiory Anatolij N. Odajnik.

Oto jaką historię przekazał nam miłośnik dziejów floty z Jarosławla A.W. Rozin opierając się na słowach swojego krajana weterana Floty Oceanu Spokojnego S.I. Matwiejewa. Z miejsc każdemu, kto czytał tę relację nasunęło się pytanie "Co to był za okręt podwodny?". Pierwsza myśl, że ?bohaterem? relacji był jeden z dwóch okrętów typu Malutka ze składu Floty Oceanu Spokojnego, który zaginał właśnie w rejonie Zalewu Posjeta jeszcze w sierpniu

1941 roku, M-49 lub M-63. W świetle jednak otrzymanych z Jarosławla informacji, które właśnie opublikowaliśmy taka wersja identyfikacji staje się mocno wątpliwa. Wątpliwości te potęgują podane w relacji weterana szczegóły, takie jak czysty, bez żadnych porostów kadłub podzielony na trzy przedziały z oddzielną kabiną dowódcy, 15-16 poległych, pistolet dowódcy okrętu krewniak Walthera, automaty i berety u pozostałych podwodników, a nawet brak napisów w języku rosyjskim na przyrządach pokładowych.

* * *

W związku z tym redakcja zwraca się do Was szanowni czytelnicy, z prośbą o pomoc w rozwiązaniu tej "podwodnej zagadki zimnej wojny".

A.W. Rozin (Rosja)

Tłumaczenie z języka rosyjskiego Maciej S. Sobański

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy


Odśwież