A+ A A-
  • Kategoria: II WŚ
  • Odsłony: 1891

Zachodni Atlantyk, ok. 100 kilometrów na północ od wybrzeża Gujany, 11 października 1942 roku. Mijał już dziewiąty dzień męczarni. Tropikalne słońce paliło mu skórę, a rany zadane przez ptaki bolały niemiłosiernie i zachodziły ropą. Głód i pragnienie powoli odbierały mu zmysły. Stawał się coraz bardziej odrętwiały i obojętny na wszystko. Powoli osunął się na dno tratwy i stracił przytomność.

Około południa 12 października 1942 roku jeden z marynarzy niszczyciela USS Ellis patrolującego zachodni Atlantyk zobaczył przez lornetkę dziwny kształt dryfujący po morzu. Na okręcie ogłoszono alarm, zmniejszono prędkość i wkrótce niszczyciel znalazł się kilkanaście metrów od niewielkiej nadmuchiwanej tratwy ratunkowej. Na jej dnie, twarzą do dołu leżał spalony słońcem półnagi mężczyzna. Natychmiast wciągnięto go na pokład i sprowadzono lekarza. Ten stwierdził głębokie oparzenia słoneczne, jątrzące się rany na ramionach i odwodnienie. Mężczyzna był nieprzytomny, ale jego stan ogólny nie zagrażał życiu. Przeniesiono go do okrętowego lazaretu. Przytomność odzyskał pod wieczór następnego dnia, jednak lekarz nie zezwolił oficerowi wywiadu na przesłuchanie rozbitka. Poczekano jeszcze kilka dni.

19 października mężczyzna poczuł się na tyle dobrze, że mógł odpowiedzieć na pytania. Z początku robił to niechętnie. Podczas służby uczono go, że Amerykanie traktują jeńców w okrutny sposób. W miarę upływu czasu przekonywał się coraz bardziej, że jego oficerowie opowiadali bzdury i Jankesi są bardziej ludzcy, niż jego dawni przełożeni.Opowiedział więc im swoją historię ze wszystkimi szczegółami.

Nazywał się Franciszek Machoń i pochodził z Katowic. Urodził się w 1918 roku i po skończeniu szkoły pracował jako konduktor. Ożenił się z Marią Munik, która wkrótce urodziła mu syna. Po niemieckiej inwazji na Polskę jako Ślązak został siłą wcielony do Wehrmachtu. Franek czuł się Polakiem i nie uśmiechała mu się perspektywa strzelania do swoich. Z dwojga złego wolał Kriegsmarine. Został wysłany na szkolenie do Hamburga i po jego ukończeniu, jako Matrosengefreiter wszedł w skład załogi U-Boota U-512.

Ten okręt podwodny otoczony był szczególnie złą sławą w Kriegsmarine. Zanim jeszcze wszedł do służby dorobił się miana przeklętej łajby. Jego rejsy próbne to ciąg wypadków i uszkodzeń. W styczniu 1942 roku podczas prób głębinowych koło Bornholmu zarył rufą w dno, uszkodził śrubę i musiał zostać odholowany do Szczecina na remont. Niedługo potem miał kolizję z inną łodzią podwodną. Kiedy indziej znowu przewrócił w gdańskim porcie mały frachtowiec.

Kapitanem "przeklętego" U-Boota był Wolfgang Schultze - pijak, awanturnik i nieudacznik. Miał zerowy autorytet i posłuch wśród załogi, a swoje stanowisko zawdzięczał ojcu admirałowi. Trudno więc się dziwić, że w takich warunkach morale załogi było bardzo niskie, a problemy z dyscypliną były na porządku dziennym.

Na U-512 służyło oprócz Machonia jeszcze dwóch Polaków. Cała trójka była szykanowana przez zdemoralizowaną załogę.


Rozbitkowie z tankowca U.S. Patrick J. Hurley zatopionego ogniem z działa pokładowego U-512 podniesieni przez statek Brytyjski i dowiezieni do portu na wschodnim wybrzeżu. / Zdjęcie: www.uboatarchive.net

W swój pierwszy i ostatni rejs bojowy okręt wypłynął z Kilonii 15 sierpnia 1942. Jego zadaniem było patrolowanie zachodniego Atlantyku u wybrzeży Ameryki Południowej. Po drodze na środku Atlantyku natknął się na frachtowiec, który zaatakował wystrzeliwując dwie torpedy. Obie chybiły, a szybki statek uciekł korzystając z zapadającego zmroku. Cztery dni później, 12 września U-512 spotkał duży amerykański tankowiec Patrick J. Hurley wiozący do Belfastu benzynę i olej napędowy. Wystrzelono dwie torpedy, które chybiły celu. U-Boot wynurzył się i ostrzelał tankowiec z działa pokładowego. Statek zapalił się i zaczął szybko tonąć.

Kilka dni później U-512 zatopił pojedynczą torpedą hiszpański frachtowiec Monte Gorbea z ładunkiem zboża i fasoli. Była to zbrodnia wojenna - statek należał do neutralnego państwa.Ostatnią ofiarą U-Boota został amerykański parowiec Antinous wiozący rudy boksytu, storpedowany u wybrzeży Wenezueli 24 września. Po zatopieniu Antinousa U-512 patrolował rejon Gujany. Mimo, że ten obszar przeczesywały amerykańskie samoloty przystosowane do zwalczania łodzi podwodnych kapitan Schultze nakazał płynąć w wynurzeniu.

2 października 1942 roku około godziny 9:00 okręt został namierzony przez bombowiec B-18 z 99. Dywizjonu Bombowego. Samolot zrzucił dwie bomby głębinowe, które trafiły w okręt. U-Boot zatonął na głębokości 40 metrów, a na powierzchnię morza wypłynęła ogromna plama oleju.


Bombowiec B-18 z 99. Dywizjonu Bombowego, który zaatakował U-512. / Zdjęcie: www.uboatarchive.net

W momencie ataku Machoń przebywał w okolicach mostku. Pierwsza eksplozja rzuciła go na podłogę i dotkliwie poraniła. Kiedy się podniósł pobiegł w kierunku dziobu okrętu, gdzie oprócz niego schroniło się jeszcze piętnastu marynarzy. Mieli do dyspozycji tylko cztery aparaty tlenowe.Resztę aparatów, które uległy uszkodzeniu wskutek nieprawidłowego przechowywania przeniesiono gdzie indziej, by je wysuszyć...Marynarze stłoczeni na niewielkiej powierzchni zdawali sobie sprawę, że to ich koniec. Ciśnienie wzrastało uniemożliwiając komunikację, krwawili z uszu i ust, a na domiar złego z zalanych akumulatorów torped zaczął się wydzielać chlor. Machoń i jeszcze jeden marynarz podjęli desperacką próbę wyrwania się z pułapki. Kiedy przedział został całkowicie zalany wodą otworzyli właz luku torpedowego i jeden po drugim wpłynęli w wąski tunel.

Na powierzchnię dotarł tylko Machoń.

Samolot krążący cały czas nad miejscem katastrofy zrzucił mu pas ratunkowy i nadmuchiwaną tratwę, w której Polak znalazł wiosła, pistolet sygnałowy, butelkę z wodą i kilkadziesiąt metrów liny. Tak rozpoczęła się dziesięciodniowa gehenna.

W ciągu dnia słońce paliło tak mocno, że nie zważając na rekiny spędzał całe godziny w wodzie. Opowiadał później oficerom wywiadu, że rekiny dosłownie ocierały się o jego nogi.Woda szybko się skończyła. Zaczął mu doskwierać głód i pragnienie, a na dodatek zgubił jedno z wioseł. Kilkakrotnie strzelał z pistoletu próbując zwrócić na siebie uwagę statków, które zauważył w oddali. Pewnego dnia obwiązał się liną i w przypływie desperacji próbował dogonić jeden z nich wpław, ciągnąc tratwę za sobą. Szóstego lub siódmego dnia zaczęły go atakować ptaki zadając mu głębokie rany na ramionach. Zdołał schwytać dwa z nich, ukręcił im głowy, wyssał krew, po czym rozerwał je dłońmi i wysuszył mięso na słońcu. Jadł później cuchnące rybami ochłapy. Ostatkiem sił zdołał wydrapać na wiośle swoje nazwisko. Pod koniec dziewiątego dnia stracił przytomność. Dzień później odnalazł go amerykański niszczyciel.

Do końca wojny Franciszek Machoń przebywał w Forcie Hunt w Wirginii. W kwietniu 1945 roku został przekazany władzom polskim. Zamieszkał z rodziną w Wirku, który obecnie jest dzielnicą Rudy Śląskiej. Jego dalsze losy nie są znane.


Franciszek Machoń z żoną. To jego jedyne znane zdjęcie. / Zdjęcie: Internet

Źródło: blogbiszopa.blog.onet.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy


Odśwież