A+ A A-
  • Kategoria: II WŚ
  • Odsłony: 5466

Latem 1942 środek ciężkości operacji nawodnych sił Kriegsmarine przeniósł się na północ. Surowe, polarne wody stały się areną zażartych starć. Po rozbiciu alianckiego konwoju „PQ-17” strategiczna inicjatywa na arktycznym teatrze działań wojennych przeszła w ręce Niemiec. Starając się wykorzystać dotychczasowe sukcesy, niemieckie lotnictwo przeprowadzało intensywne naloty na Murmańsk i Archangielsk. Kolejnym zdecydowanym krokiem niemieckiego dowództwa miała być seria operacji skierowanych na sparaliżowanie żeglugi na radzieckich wodach wewnętrznych.

Klęska operacji „Zar”

Artykuł zamieszczony dzięki
uprzejmości czasopisma
Okręty Wojenne

Rozkaz o rozpoczęciu ich przygotowań Dowództwo Wojny Morskiej (SKL) wydało jeszcze w maju 1942. Dowództwo morskiej Grupy „Nord”, na które spadł obowiązek przeprowadzania akcji, ochoczo wzięło się do pracy i już 1 lipca jego dowódca adm. R. Carls przedstawił „górze” plan operacji „Wunderland”, zgodnie z którą na wody Morza Karskiego miał wyprawić się jeden lub dwa ciężkie krążowniki. W charakterze działań uzupełniających przewidywano szereg operacji minowych przeprowadzonych siłami jednostek nawodnych, okrętów podwodnych i lotnictwa. Opracowanie planów tych operacji, które otrzymały szumne nazwy, między innymi „Zar”, „Zarin”, „Peter”, „Rurik”, „Romanov”, rozpoczęto prawdopodobnie później, bowiem pierwsze wzmianki o nich w Dzienniku działań bojowych SKL pochodzą z 20 sierpnia. Planowe przeprowadzenie wszystkich wspomnianych wyżej operacji miało doprowadzić do całkowitego przerwania ruchu statków na Północnej Drodze Morskiej.

Niemieckie stawiacz min Ulm w interesującym malowaniu kamuflażowym. / Zdjęcie: zbiory Siegfried Breyer

Choć brzmi to paradoksalnie, jednak tak znaczna skala podjętych przez Niemców działań spowodowana była brakiem precyzyjnych danych o stanie komunikacji morskiej i infrastrukturze zabezpieczających ją obiektów w radzieckim sektorze Arktyki. Dowództwo Kriegsmarine liczyło się z ożywiona żegluga na Północnej Drodze Morskiej, nie wykluczając także ruchu konwojów z dostawami „Lend-Lease” z portów zachodniego wybrzeża USA oraz istnieniem punktu rozładunkowego w Amderma.

Od 4 sierpnia Niemcy rozpoczęli rozwijać okręty podwodne na Morzu Karskim i u północnego krańca Nowej Ziemi (co najmniej 5 jednostek). 16 sierpnia w swój gorzki rejs wyszedł ciężki krążownik Admiral Scheer. Później nastąpił czas broni minowej. 23 sierpnia z Skjomenfjord w pobliżu Narwiku wyszedł okręt podwodny U 589 z zadaniem zaminowania zachodniego wejścia do cieśniny Matoczkin Szar. Dobę później Niemcy przystąpili do realizacji operacji pod kryptonimem „Zar”, w której główna rola przypadła stawiaczowi min Ulm.

Gdy w listopadzie 1937 roku wodowano w Danzig (Wolne Miasto Gdańsk) szybki chłodnicowiec Rapide, jego budowniczowie pewnie nie myśleli o tym, że ich „dziecku” zgotowany zostanie tak niezwykły los. Jednostka była typowym „bananowcem” – dwupokładowym motorowcem z nadbudówką w środkowej części kadłuba i jednym kominem. W następnym roku statek przekazano armatorowi „Norddeutsche Lloyd” z Bremy. Wówczas też jednostka otrzymała nowa nazwę Ulm i do wybuchu wojny zdążyła wykonać szereg rejsów do portów Południowej Ameryki. W dniu 18 marca 1940 statek został zarekwirowany przez marynarkę wojenną i otrzymał nazwę Schiff 11, a następnie został przebudowany na pomocniczy stawiacz min. W tej roli okręt przeprowadził jeden wypad ku wybrzeżom Wielkiej Brytanii, jednak 31 lipca z nieznanych przyczyn zatonął. Już w sierpniu jednostkę wydobyto i skierowano do remontu. 25 listopada 1941 wyremontowany stawiacz min Ulm (przywrócono pierwotną nazwę) powrócił do składu floty.

Podstawowym uzbrojeniem Ulm były miny morskie, przy czym dawny „bananowiec” wyróżniał się zadziwiająca ładownością. Okręt normalnie przyjmował na pokład do 482 min, istniała także możliwość zabrania jeszcze dodatkowych do ładowni, jednak już bez możliwości ich stawiania. Z drugiej strony, uzbrojenie artyleryjskie było słabe. Składało się ono z działa kal. 105 mm na dziobie, a kal. 37 mm na rufie, zaś uzupełniały je 4 działa plot. kal. 20mm (wg K v. Kutzleben – wkm kal. 13,2 mm) rozmieszczone na skrzydłach mostka i za kominem.

W końcu lipca 1942 Ulm znalazł zatrudnienie przy transporcie min z Niemiec do Finlandii. Po otrzymaniu dyspozycji od Grupy „Nord”, dowódca Korvettenkapitan (kmdr ppor.) E. Biet przeprowadził okręt do Swinem¸nde (Świnoujście), gdzie przyjął na pokład 450 min (100 EMC, 200 EMF, 120 TMB i 30 TMC), a następnie w dniach 15-22 sierpnia przeszedł do Narwiku. Tam w dniu 23 sierpnia jednostkę odwiedził wiceadm. A. Thiele, od niedawna zajmujący stanowisko „Admiral Nordmeer” (pol Admirała Arktyki), który przekazał dowódcy okrętu plan operacji „Zar”.

Celem operacji było postawienie 20 zapór minowych na północny zachód od wyspy Nowa Ziemia. Tak dziwny rejon minowania można wyjaśnić w prosty sposób – Niemcy wierzyli w istnienie ożywionej trasy żeglugowej wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy, wokół przylądka Żełanija i dalej w kierunku cieśniny Wilkickiego. Równoczesne zakorkowanie minami obu wyjść z Morza Karskiego, zdaniem Niemców pozwolić miało czasowe sparaliżowanie ruchu statków na Północnej Drodze Morskiej.

Trasa przejścia do rejonu minowania składała się z 3 prostych odcinków ze zmiana kursów w punktach o współrzędnych 72°40’N/18°E i 78°N/40°E. Niszczyciele 5 Flotylli miały eskortować stawiacz min na każdym z odcinków trasy, po czym powrócić do Tromso. Dalej już do celu operacji Ulm miał zdążać samotnie.

Biorąc pod uwagę słabe uzbrojenie stawiacza min i charakter samej operacji, zachowanie pełnej tajemnicy nabrało najważniejszego znaczenia. Przejście do miejsca stawiania min miało odbyć się pod handlowa flagą neutralnego państwa przy zachowaniu maskowania, utrudniającego identyfikację jednostki przez lotnictwo rozpoznawcze. Artylerię miano użyć jedynie w sytuacji, gdy nie było już możliwości uniknięcia starcia, zaś artylerię plot. jedynie w przypadku ataku nieprzyjacielskich samolotów. Należało liczyć się z możliwymi spotkaniami z alianckimi statkami i konwojami, kursującymi na trasie między Islandią a Murmańskiem, a także konwojami chodzącymi (tu należy postawić cudzysłów) wzdłuż zachodniego brzegu Nowej Ziemi. Szczególne wskazanie na taką możliwość pojawiło się po tym, jak 18 sierpnia w czasie przejścia na Morze Karskie ciężki krążownik Admiral Scheer wykrył nieznany statek w odległości około 240 Mm na wschód od południowego krańca Szpicbergenu.

Szczególny niepokój „Admirała Arktyki” budziła słaba moc radiostacji Ulm, stwierdzona w czasie poprzedniego pobytu okrętu na północy na początku roku. Thiele wskazywał na ten fakt dowództwu Grupy „Nord”, jednak wyższe instancje przejawiały w tej mierze niezwykłą dla Niemców bierność. W czasie wielotygodniowego pobytu na wodach niemieckich i nie uczestniczenia w działaniach wojennych, tak niezbędna wymiana radiostacji nie została dokonana. Jako środek zastępczy postanowiono wykorzystać znajdujące się w rejonie Nowej Ziemi okręty podwodne U 255 i U 456, którym rozkazano retransmitować wszystkie nadchodzące z Ulm meldunki.

Operacja „Zar” rozpoczęła się 24 sierpnia 1942 roku, gdy stawiacz min opuścił Narwik, kierując się szkierowym farwaterem w kierunku Tromso. O godz. 23.47 do okrętu przyłączyły się niszczyciele Erich Steinbrinck, Friedrich Ihn i Richard Beitzen, które towarzyszyły mu aż do godz. 14.10 następnego dnia. W odległości 70 Mm na południowy wschód od Wyspy Niedźwiedziej, tak jak przewidywał to plan operacji, niszczycie zawróciły i wieczorem powróciły do bazy. Od tego momentu nikt już więcej nie widział Ulm, a w ciągu tygodnia nie było także żadnych informacji o okręcie. Przedpołudniem 26 sierpnia rozpoznanie lotnicze zaobserwowało dwie grupy okrętów nieprzyjaciela między Szpicbergenem a Wyspą Niedźwiedzia. Jedna z nich składała się z krążownika i 2 niszczycieli, a druga z 3 niszczycieli. Niemieckie dowództwo uznało, że były to jednostki powracające z Rosji do Anglii, bowiem służba nasłuchu radiowego nie dysponowała informacjami o ruchu konwojow1. Wykrycie okrętów przeciwnika wzbudziło duże obawy, z uwagi na fakt, że kierunek ich ruchu przecinał kurs Ulm. W związku z tym „Admirał Arktyki” wysłał natychmiast radiogram do Ulm, w którym nakazał odejście na północ – do granicy lodów. Odpowiedzi jednak nie otrzymał.

Do 2 września wiceadm. Thiele pozostawał w nerwowym oczekiwaniu. Do tego czasu zdążył powrócić do Narwiku Admiral Scheer, nie stwierdzając na morzu jakichkolwiek oznak obecności stawiacza min. Okręty podwodne również nie otrzymały żadnych informacji z Ulm. Dopiero 3 września do sztabu „Admirała Arktyki” dotarł meldunek od komendanta portu Vardo, o tym, że w nocy norweskie wybrzeże osiągnęła szalupa ratunkowa z Ulm. Po pokonaniu 300 milowej trasy surowego arktycznego morza, pozostało jedynie 4 żywych rozbitków: st. bosman Bohn, bosman-maszynista Pallas, st. mar. Schmitz oraz st. mar. maszynista Hofmann. Poza tym w szalupie znajdowało się 20 trupów, zaś Hofmann zmarł po kilku godzinach z wychłodzenia.

Dopiero wtedy niemieckie dowództwo zrozumiało, że zmierzający no rejonu minowania stawiacz min został zatopiony przez brytyjskie niszczyciele. Opowiadanie Bohna (uzupełnione po wojnie wspomnieniami KK Bieta, po jego powrocie z niewoli) pozwoliło odtworzyć obraz wydarzeń.

Po odejściu niszczycieli Ulm obrał kurs 46° i z prędkością 16 węzłów skierował się do następnego punktu nawrotu. Była bezchmurna pogoda: wiatr z kierunku NEE o sile 4°, falowanie 3°, widzialność do 30 Mm. O godz. 23.00 (czasu berlińskiego), gdy okręt znajdował się w punkcie o współrzędnych 74°45’N i 26°30’E obserwatorzy zauważyli 3 niszczyciele z lewej burty. Natychmiast ogłoszono alarm bojowy. Podniesiono panamska flagę dla ukrycia przynależności państwowej. Niszczyciele zbliżyły się na odległość 6200 m, i prowadzący szyk, bez zwyczajowego zapytania, otworzył ogień. Pierwsza salwa była niedolotem. Dowódca Ulm rozkazał opuścić flagę Panamy i podnieść niemiecką banderę wojenna, a dopiero następnie otworzył ogień. Jedyne działo kal. 105 mm zdążyło oddać 15 strzałów, po czym umilkło rozbite bezpośrednim trafieniem2. Brytyjczycy podeszli na 4600 m i z trzech stron rozstrzeliwali bezbronny stawiacz min z dział kal. 120 mm. W części dziobowej Ulm wybuchł silny pożar.

Wysłany otwartym tekstem radiogram: „Zostałem przechwycony przez nieprzyjacielskie niszczyciele w kwadracie 1949AS” pozostał bez odpowiedzi. Położenie stawało się beznadziejne, wobec czego KK Biet rozkazał przygotować się do opuszczenia okrętu. Na pokładzie nie było najmniejszych oznak paniki, wszystkie rozkazy wykonywano szybko i sprawnie. Tajne dokumenty i maszyna szyfrująca z kodami zostały wyrzucone za burtę. W maszynowni założono ładunki wybuchowe. Po rozkazie „Przygotować środki ratunkowe” nadszedł kolejny „Opuścić okręt”.

Brytyjski niszczyciel Loyal, podobnie wyglądał Martin, który brał udział w zatopieniu Ulm. / Zdjęcie: zbiory Mike Russell

Gdy oficerowie i marynarze Ulm ładowali się do szalup i tratew, brytyjskie niszczyciele podeszły jeszcze bliżej i kontynuowały ostrzał. Jeden z pocisków trafił w rufę, ale jakimś cudem nie spowodował eksplozji min, drugi w lewą burtę, rozbijając jedną z szalup i powodując duże straty wśród załogi. Druga szalupa, załadowana do pełna ludźmi, odeszła niezauważenie od prawej burty, wykorzystując silne zadymienie. W tym czasie jeden z niszczycieli (Onslaught) wystrzelił w kierunku stawiacza min 4 torpedy. Jedna z torped eksplodowała w części dziobowej. Ulm zaczął przechylać się na burtę, gdy dosięgła go druga torpeda. Wszystko zakończyło się momentalnie. O godz. 23.45 okręt poszedł na dno.

Brytyjczycy przerwali ogień i rozpoczęli podnoszenie z wody niemieckich marynarzy. Uratowano 54 ludzi, 96 członków załogi zginęło w starciu, a kolejnych 24 osiągnęło norweskie wybrzeże, choć zaledwie 3 z nich pozostało żywych3.

Tratwa ratunkowa na którą w ostatniej chwili KK Biet wciągnął ciężko rannego radiotelegrafistę, nie zdążyła odejść od burty stawiacza min. Tonący okręt wciągnął tratwę w głębinę, jednak później morze zmiłowało się i dosłownie wypluło swoje ofiary na powierzchnię. Po półtorej godzinie rozbitków podjął niszczyciel Onslaught4.

Starszy bosman Bon powiedział, że sam zniszczył tajne dokumenty, po czym po linie zszedł za burtę. Brytyjczycy w tym czasie prowadzili jeszcze ostrzał ze wszystkich rodzajów artylerii. Po pokonaniu odcinka lodowatej wody Bon osiągnął ocalałą szalupę, a ponieważ okazał się najstarszym stopniem wśród rozbitków, objął jej dowództwo. Skierował szalupę na unoszący się nad wodą dym z płonącego Ulm. Po około pół godziny na powierzchni morza nie pozostał już żaden ślad po stawiaczu min. Wkrótce potem w pobliżu szalupy przeszedł jeden z brytyjskich niszczycieli, zapewniający obronę przeciwpodwodną dwom zbierającym rozbitków jednostkom. W kłębach dymu Brytyjczycy nie zauważyli szalupy, a sam Bon nie dawał im żadnych sygnałów. Ponad perspektywę niewoli bosman przedłożył próbę osiągnięcia norweskiego wybrzeża. Na piaty dzień dramatycznego rejsu ukazały się skaliste brzegi półwyspu Tana, jednak marynarze byli na tyle osłabieni, że z trudem dawali sobie radę z wiatrem i prądem znoszącym ich na wschód. Bezskuteczne okazały się rakiety sygnalizacyjne i flary oświetlające, z pustego i bezludnego brzegu nikt ich nie zobaczył. Dopiero dziewiątego dnia posterunek obserwacyjny Vardo dostrzegł szalupę, jednak wziął ja za norweską łódź rybacką przeszkadzającą w ćwiczebnych strzelaniach, dlatego też ograniczył się jedynie do przekazania sygnału ostrzegawczego. Nocą morze wyrzuciło pozbawiona praktycznie obsługi szalupę na brzeg. Dla 20 znajdujących się w niej niemieckich marynarzy było już jednak za późno.

Epopeja rozbitków z Ulm stała się przykładem twardego wypełniania żołnierskiego obowiązku i morskiej odwagi. Starszy bosman Bohn został odznaczony Krzyżem Żelaznym i awansowany na stopień oficerski.

Na tym można by było postawić kropkę i uznać sprawę za zamkniętą. Ostatecznie stawiacz min to nie znów aż tak cenna jednostka by poświęcać jego zatopieniu tyle uwagi. W znanej książce zachodnioniemieckiego admirała F. Ruge Der Seekrieg 1939-1945 – jednej z pierwszych prac badawczych poświęconych morskim aspektom II wojny światowej – przechwycenie Ulm nazwano przypadkowym. Jednak pewne pytania powinny były pojawić się u Niemców już po przesłuchaniu ocalałych członków załogi. W jakim celu 3 nieprzyjacielskie niszczyciele szły, mówiąc delikatnie, niezwykłym kursem (przypomnijmy: pojawiły się one z lewej burty, to znaczy z kierunku północno-wschodniego)? Jak wytłumaczyć ostrzał nieznanej jednostki bez tradycyjnego zapytania o przynależność państwową? W końcu jakie było rzeczywiste prawdopodobieństwo napotkania okrętów przeciwnika na ogromnych polarnych wodach? W tym czasie nie istniało jeszcze pojęcie „Badanie operacji”, lecz były sztaby i wywiad, które powinny fakty te przeanalizować.

Rzecz jasna, ani sam admirał, ani jego koledzy historycy nie mieli przez długi czas dostępu do archiwów brytyjskich służb specjalnych. Zgodnie z obowiązującym w Wielkiej Brytanii prawem, materiały te pozostają chronione przez okres 30 lat. W otwartej literaturze zasłona tajemnicy Ulm została odkryta dopiero w roku 1977 przez dawnego pracownika wywiadu Patricka Beesly. W swojej książce Very Special Intelligence pisze on prosto:

W sierpniu 1942, gdy z Murmańska powracało kilka naszych niszczycieli,… z dekryptażu dowiedziano się, że w pobliżu Wyspy Niedźwiedziej znajduje się niemiecki stawiacz min Ulm… Admiralicja rozkazała niszczycielom wziąć kurs 225° i przeczesać akwen, idąc w szyku z odstępem 10 Mm między okrętami. Rozkaz został wydany bez żadnych wyjaśnień, jednak dowódcom przekazano, że w rejonie nie ma żadnych jednostek alianckich… Załogi nie dowierzały własnym oczom, gdy 5 godzin po otrzymaniu radiogramu Admiralicji zauważono nagle na arktycznych wodach samotny Ulm, którego zatopiono”. Tym samym, przechwycenie Ulm było jednym z ogniw łańcucha określanego wspólnym terminem „Ultra”, a decydującą o losie okrętu rolę odegrały brytyjskie służby rozpoznania radiowego.


„Enigma” i „Ultra”

Przebieg pojedynku między niemieckimi szyfrantami a brytyjskimi „łamaczami kodów” był jednym z najbardziej interesujących i zagmatwanych momentów II wojny światowej jako całości, a operacji na morskich teatrach działań przede wszystkim. Przypadek z Ulm jest tylko nie wielkim epizodem w tej walce, w żaden sposób nie odnoszącym się do globalnych wydarzeń wojny na morzu.

W okresie całej wojny Niemcy szeroko wykorzystywali do organizacji kodowanej łączności we wszystkich rodzajach sił zbrojnych maszyny szyfrujące typu „Enigma” (ze starogreckiego – zagadka), które przekazywały informacje między jednostkami bojowymi i sztabami drogą radiową w telegraficznym kodzie. Pierwsze „Enigmy” pojawiły się we flocie jeszcze w roku 1926 wraz z burzliwym rozwojem mechanizacji w dziedzinie tajnej łączności, chronionej starannie przed ingerencją zewnętrzną.

Zewnętrznie maszyny przypominały duże kasy z autonomicznym zasilaniem w energie elektryczną. „Enigma” tak jak zwykła maszyna do pisania miała 3 rzędy klawiszy z 26 literami łacińskiego alfabetu, zaś powyżej klawiatury umieszczono 3 rzędy lampek – wskaźników. W przednim panelu znajdowały się 3 (później 4) tak zwane rotory, które były zębatymi kółkami z naniesionymi na ich obwodzie literami. Przez rotor przechodził przewód łączący 26 styków na jednej stronie rotora z identyczna liczba styków na drugiej jego stronie. Po przejściu przez 3 rotory, sygnał trafiał na tak zwany reflektor – urządzenie, które przesyłało sygnały z powrotem przez rotory, jednak już inną drogą. Poza tym w roku 1930 „Enigma” była zmodernizowana przez dodanie panelu z 26 parami gniazdek i wtyczek, pozwalającymi na przepuszczenie sygnału jeszcze raz przez system rotorów.

Tym samym kluczami do „Enigmy” były: 1. pierwotne położenie rotorów 2. ustawienie obrotowych rotorów w określonej pozycji 3. połączenie par gniazdek przy pomocy przewodów z wtyczkami.

Tym samym ogólna liczbę możliwych kluczy kodowych wyrażała liczba składająca się z 92 cyfr. Poza tym okresowo przeprowadzano zmianę kluczy, a każdy komunikat winien składać się z co najmniej 10 grup po 5 liter w każdej, co utrudniało rozszyfrowanie metodami czysto matematycznymi. Na przestrzeni następnych lat Niemcy kontynuowali modernizację pierwszych wariantów „Enigmy”, podnosząc pewność zachowania tajemnicy. Najdalej w tym zakresie poszli szyfranci Kriegsmarine.

Przed sojuszniczymi służbami dekryptażu przy próbie złamania niemieckich szyfrów pojawiały się od razu niewyobrażalne trudności. Przeprowadzone przez Brytyjczyków przed wojną badania teoretyczne wykazały, że nie można złamać kluczy metodami matematycznymi, o ile szyfrant korzysta z nich w sposób właściwy. Pomyślne odczytywanie szyfrowanej korespondencji zależało też od technicznej jakości przechwycenia informacji, znajomości standardowych zwrotów językowych, a także ewentualnych błędów niemieckich operatorów.

Funkcjonuje kilka wersji odkrycia tajemnicy „Enigmy”: polska, francuska, brytyjska i szwedzka. Zatem poniżej postaramy się przedstawić krótką, „uśredniona” wersję wydarzeń w walce o wyjaśnienie tajemnic tej maszyny. Najprawdopodobniej, prace zapoczątkował w połowie lat trzydziestych polski wywiad, osiągając do 1939 konkretne sukcesy. Znając sobie sprawę z własnych ograniczonych możliwości, Polacy postanowili zapoznać z niemieckimi tajemnicami, swoich przyszłych sojuszników. Na konferencji specjalistów – kryptologów w Warszawie 22-25 lipca 1939 roku przekazali Brytyjczykom i Francuzom po jednym egzemplarzu „Enigmy” i wszystkie osiągnięte droga dekryptażu materiały, a także środek automatyzacji tego procesu pod symptomatyczną nazwa „Bomba” (urządzenie elektromechaniczne, nazwane na cześć rodzaju lodów, ulubionego przez polskich specjalistów).

Po klęsce Polski kryptolodzy i specjaliści w zakresie techniki szyfrowania zebrali się w specjalnym centrum „Bruno” w podparyskim miasteczku, gdzie kontynuowali pracę pod kierownictwem francuskich oficerów. Rozbicie Francji spowodowało konieczność dalszej wędrówki, tym razem centrum dekryptażu przeniosło się pod niebo zamglonego Albionu.

Neutralni Szwedzi także nie zostawali w tyle w próbach „rozbicia” niemieckiego szyfru. Dzięki wspólnym wysiłkom szwedzkiej służby nasłuchu radiowego, wywiadu agenturalnego, który zdobył egzemplarze zaszyfrowanych wiadomości i ich jasną treść w niemieckiej ambasadzie oraz profesora Beurlinga, który wyjaśnił zasady pracy niemieckiej maszyny szyfrującej, udało się im tego dokonać! Szef służby bezpieczeństwa Szwecji mjr Ternberg dzielił się uzyskanymi informacjami z brytyjskim attache morskim kmdr Denham, który przesyłał swoje meldunki do Operational Intelligence Center – OIC (pol. Operacyjne Centrum Wywiadu) Royal Navy. Informacje te docierały co prawda 1 – 2 dobowym opóźnieniem.

Opanowanie „Enigmy” ułatwiało nieco Brytyjczykom prace deszyfrujące prowadzone od sierpnia 1939 roku w miasteczku Bletchley Park oddalonego o 50 mil od Londynu w kierunku północnym, gdzie ulokowano Government Code & Cipher School – GS&CS (pol. Rządowa Szkoła Szyfrów i Dekryptażu) O bardzo poważnym potraktowaniu problemu przez władze brytyjskie świadczyć może fakt, że do prac w centrum zebrano grupę wybitnych matematyków, inżynierów, specjalistów – kryptografów, z których większość ukończyła uniwersytet w Cambridge. W ten sposób Bletchley Park stał się swego rodzaju miasteczkiem uniwersyteckim. Jednym z takich specjalistów był wybitny matematyk Alan Turing.

Według słów jego ówczesnego szefa „ekscentryczność Alana Turinga przewyższała tylko jego geniusz. Aby zapobiec kradzieży przywiązywał on swój kubek łańcuchem do kaloryfera, zaś swoje oszczędności przetapiał na srebrne sztabki, które zakopywał w lesie i nie mógł ich odnaleźć po zakończeniu wojny”.

Radiotelegrafista na jednym z niemieckich okrętów podwodnych przy pracy. Maszyna szyfrująca „Enigma” widoczna jest w dolnej, lewej części fotografii – czarna w skrzynce. / Zdjęcie: zbiory Siegfried Breyer

Tym nie mniej jednak ten oryginał rozpracował na bazie polskiej „Bomby” schemat elektromechanicznego urządzenia, które naśladowało efekt rotorów „Enigmy” za pomocą obracających się bębenków. Urządzenie to sprawdzało wszystkie możliwe warianty położeń rotorów niemieckiej maszyny w ciągu sekund zamiast godzin, jak robiono to wcześniej, oraz identyfikowało te z nich, które „tłumaczyły” fragmenty przechwyconego meldunku na rozsądne frazy. Po ustaleniu takiej konfiguracji urządzenie samo się zatrzymywało. „Maszyny” te pod kodową nazwą „Agnesse” posiadały pamięć przekaźnikową i elektromagnetyczne bębenki. W roku 1942 już 6 takich urządzeń pracowało nad zagadkami niemieckich kluczy szyfrujących. „Honorowy obowiązek” obsługi tych maszyn liczących i słuchania szumu obracających się bębenków przypadł kobietom ze służby pomocniczej. W okresie późniejszym z pomocą de szyfrantom służyła elektroniczna maszyna licząca „Coloss”, zbudowana wspólnym wysiłkiem intelektualistów z Bletchley Park. Była to już programowana maszyna wykonująca na cyfrach operacje arytmetyczne i logiczne. Posiadała czytnik taśm perforowanych i elektryczną maszynę do pisania. Przy pomocy tego archaicznego komputera udało się przyspieszyć operacje matematyczne przy rozszyfrowywaniu niemieckich radiogramów. „Coloss” powstał jednak dopiero w roku 1943, więc w omawianym okresie Brytyjczycy musieli stosować inne metody działania.

Oczywiście możliwości przechwytywania zaszyfrowanych radiogramów w dużym stopniu zależały od posiadania szerokiej sieci stacji nasłuchu radiowego, dysponujących niezbędnymi możliwościami technicznymi. Kierownictwo stacji namiaru radiowego oraz stacji nasłuchu i zapisu zagranicznych sygnałów radiowych „Y” dla GC&CS, a także specjalnego centrum radiowego we Frigland, spoczywało w rękach 9 Oddziału sygnałów radiowych i rozpoznania Zarządu Łączności i Rozpoznania Royal Navy, którym kierował kmdr Sandwith. Istnienie bardzo efektywnych brytyjskich stacji nasłuchu radiowego potwierdza w swojej znanej publikacji David Irving.

Początkowo brytyjski kryptolodzy zaczęli czytać radiogramy Luftwaffe (od kwietnia 1940), które na duża skalę wykorzystywano w czasie Bitwy o Anglię w sierpniu – wrześniu tego roku. Później Brytyjczycy „dobrali się” do radiogramów OKH i kwatery Fuhrera, jednak morska wersja „Enigmy” jeszcze przez rok pozostawała wielką zagadką. Poza jej konstrukcyjnymi szczegółami, dekryptaż dodatkowo komplikowało wprowadzone przez dowództwo Kriegsmarine ograniczenie w wykorzystywaniu łączności radiowej, które powodowało brak materiałów pierwotnych niezbędnych do dokonania analizy. Według wersji Beasly, Niemcy całą korespondencję administracyjną przekazywali za pośrednictwem sieci naziemnej, poza tym flota zawsze starała się wykorzystywać telefon i dalekopis, podciągając w tym celu odpowiednie linie łączności kablowej. Generalnie, marynarze „utajnili swoje rozmowy radiowe szczelniej niż inni”. Jednak rozszerzenie sieci baz na nowych teatrach działań wojennych w roku 1941 zmusiło kierownictwo niemieckiej marynarki wojennej do zastosowania radia na szerszą skalę.

Jak wiadomo, dla rożnych celów w Kriegsmarine wykorzystywano różnorodne kody i szyfry, które od maja 1941 roku zaczęły otrzymywać specjalne nazwy. Najważniejszymi niemieckimi szyframi morskimi były wymienione poniżej:

  • „Hydra” – używana przez wszystkie okręty nawodne na Bałtyku i Morzu Północnym, a także przez okręty działające na morskich teatrach terytoriów okupowanych. Innymi słowy, w Norwegii też szyfr stosowały trałowce i patrolowce, a początkowo i okręty podwodne;
  • „Triton” – używany na Atlantyku przez okręty podwodne podporządkowane rozkazom sztabu floty podwodnej (poza okrętami podwodnymi znajdującymi się pod rozkazami Grupy „Nord”);
  • „Thetis” – dla okrętów podwodnych, prowadzących szkolenie na wodach Bałtyku;
  • „Medusa” – dla okrętów podwodnych na Morzu Śródziemnym;
  • „Aegir” – używany przez wszystkie okręty nawodne w czasie działań poza Bałtykiem i Morzem Śródziemnym;
  • „Neptun” – dla jednostek ciężkich przy wykonywaniu zadań specjalnych;
  • „Sud” – dla okrętów nawodnych operujących na Morzu Śródziemnym i Czarnym;
  • „Sleipner” – dla okrętów w czasie ćwiczebnych strzelań torpedowych na Bałtyku;
  • „100” – dla rajderów, krążowników pomocniczych i jednostek zaopatrzeniowych;
  • „Tibet” – dla jednostek zaopatrzeniowych na wodach oceanicznych;
  • „Freya” – szyfr OKM i dowództwa marynarki wojennej na ladzie, trzeba zaznaczyć, że przy przekazywaniu informacji liniami łączności naziemnej obowiązywał inny system szyfrów;
  • „Bertock” – szyfr dla łączności między OKM a attache morskim w Tokio.

Każdego miesiąca prawie wszystkie szyfry (poza „Aegir” i „100”) podlegały poważnym zmianom, zaś niewielkie zmiany wprowadzano każdej doby. Poza tym praktykowano wykorzystywanie krótkich umownych haseł. W ten sposób system szyfrów niemieckiej marynarki wojennej posiadał wysoki stopień pewności. Trzeba wspomnieć, że niemieccy szyfranci byli absolutnie przekonani o prymacie swojej „Enigmy”. Eksperci – analitycy uważali, że zastosowanie maszynowego szyfru ze zmiennymi kodami i praktycznie nieograniczona liczba wariantów, da deszyfrantom pracy na długie lata. Mieli oni przy tym nadzieje, że nawet w przypadku dostania się w ręce przeciwnika maszyny szyfrującej wraz ze wszystkimi dokumentami, nieprzyjaciel będzie mógł wykorzystywać zdobycz do czytania radiogramów niedługo – tylko do momentu upływu daty ważności dokumentów łączności kodowanej, które były ściśle regulowane. Tym bardziej, że wszystkie instrukcje drukowane były na rozpuszczalnym w wodzie papierze, co miało dodatkowo jeszcze gwarantować ich zniszczenie przy próbie przechwycenia.

Mały okręt podwodny U 12 był bliźniakiem U 13, na którym udało się Brytyjczykom zdobyć maszynę szyfrująca wraz z instrukcją. fot. zbiory Andrzej Danilewicz

Tym niemniej jednak Brytyjczycy liczyli (jak się później okazało całkiem zasadnie), że zdobycie maszyny szyfrującej da im możliwość czytania radiogramów przeciwnika. Brytyjskie dowództwo postawiło jasne zadanie – zdobyć egzemplarze „Enigmy”. Rozpoczęło się prawdziwe polowanie na niemieckie tajemnice.

Początkowo w zestrzelonym w Norwegii bombowcu znaleziono maszynę szyfrująca z pełnym zestawem kluczy. W czasie kampanii francuskiej, gdy Niemcy błyskawicznie parli naprzód, jedna sprytna kompania łączności nabrała takiej prędkości, że przegoniła własnych pancerniaków i dosłownie wjechała w „objęcia” sojuszników. U dowódcy tej kiepskiej kompanii znaleziono jeszcze jeden egzemplarz „Enigmy”, tym razem jednak w wersji armijnej. Oczywiście Brytyjczycy nie ustawali w wysiłkach by zdobyć choć jeden egzemplarz morskiej wersji „Enigmy”. Do tajemnicy mogli zbliżyć się jeszcze w roku 1940: w lutym na U 33 zdobyto 2 rotory, a w czerwcu na pokładzie U 13 sama maszynę szyfrująca wraz z egzemplarzem instrukcji. Wszystko to jednak jak pisze J. T. Richelson w książce Istorija szpionaża nie zabezpieczało nawet częściowego strumienia rozszyfrowanych informacji”. Nie widząc sposobu przeanalizowania maszyny szyfrującej, Brytyjczycy zastanawiali się nad przechwyceniem kluczy.

Interesujący pomysł w tej mierze przedstawił Ian Fleming, osobisty adiutant szefa wywiadu morskiego Johna Godfreya. „Ojciec chrzestny” „Ultry” Norman Denning (w tym czasie szef sekcji w OIC) tak wyrażał się o przyszłym twórcy Jamesa Bonda: „Wiele idei Iana było po prostu głupich…, jednak wiele wybranych z potoku idei otaczała pewna aura potencjalnej możliwości, zmuszając nas by pomyśleć dwa razy, nim wyrzucimy je do kosza na śmieci”. Tak więc Fleming zaproponował zainscenizowanie katastrofy jakiejś niemieckiej jednostki na Atlantyku i przechwycenie rzeczywistego okrętu posłanego na pomoc znajdującym się w „nieszczęściu” towarzyszom. Oczywiście z tego dzikiego planu nic nie wyszło, jednak stanowiąca jego sedno zdrowa idea, okazała się kluczem do sukcesu.

W czasie rajdu na Lofoty 4 marca 1941 roku grupa abordażowa z niszczyciela Somali pod dowództwem lt. Warmington zdobyła na pokładzie niemieckiego okrętu strażniczego Krebs (NN 04) rotory maszyny szyfrującej i różnorodne dokumenty, wśród których były także tabele kluczy „Enigmy”, pozwalające odczytywać niemieckie meldunki przez kilka tygodni. Wiedza uzyskana w wyniku rozszyfrowania lutowych meldunków, pozwoliła deszyfrować wszystkie morskie komunikaty w kwietniu i maju 1941 roku, choć efektywność i operatywność prac pozostawiała jeszcze wiele do życzenia.

W tym czasie współpracownik OIC Harry Hinsley [przyszły oficjalny historyk brytyjskiego wywiadu] twórczo rozwinął idee Fleminga. Na jego stole leżały rozszyfrowane meldunki niemieckich jednostek meteorologicznych. Na każdej z nich, zgodnie z jego wyobrażeniem, znajdował się spis kluczy kodowych pozwalający na nastawienie przekazu informacji w każdym dniu miesiąca. A niektóre jednostki meteo miały zapas kluczy na 2 – 3 miesiące, w zależności od przewidywanego czasu trwania rejsu.

Brytyjczycy nie przepuścili żadnej okazji „uzupełnienia kolekcji” niemieckich tajnych materiałów. W rejonie wyspy Jan Mayen w rezultacie przeprowadzonej operacji specjalnej, z wykorzystaniem materiałów uzyskanych z namiaru radiowego, brytyjskie niszczyciele Somali i Tartar przechwyciły niemieckie trawlery Munchen (7 maja) i Lauenburg (28 czerwca) wykorzystywane w charakterze jednostek rozpoznania meteorologicznego.

Trawlery operowały na oceanie po 3 miesiące i regularnie przekazywały meldunki o pogodzie, namierzenie ich nie stanowiło problemu. Na pokładzie Munchen zdobyto maszynę szyfrująca, księgę szyfrów łączności bliskiej, kodową książkę meteo oraz siatkę koordynat morskich. Był to „połów”, który przyniósł Brytyjczykom wiele pożytku – średni czas między przechwyceniem meldunku a jego odczytaniem, skrócił się z 11 dni (wg stanu na 21 maja) do 4 godzin (wg stanu na 1 czerwca). Przechwycenie jednostki meteo było jednak tylko rozwiązaniem czasowym, bowiem szybko skończył się obowiązywania zdobytych kluczy szyfrowych. Na pokładzie Lauenburg zdobyto klucze obowiązujące już w lipcu. Dzięki tym „łupom” możliwe było odczytywanie niemieckich komunikatów od sierpnia 1941 roku, praktycznie do końca wojny. Według słów Richelsona Brytyjczycy mieli przy tym nadzieje, że Niemcy nadal będą sądzić iż obie jednostki poszły na dno wraz z całym materiałem kryptograficznym.

Główny „podarunek” otrzymali jednak Brytyjczycy w dniu 8 maja 1941 roku przy okazji zdobycia okrętu podwodnego U 110. Wówczas w ich ręce wpadła nie tylko sprawna maszyna szyfrująca, ale także cały komplet dokumentów tajnej łączności, obowiązujący do końca czerwca 1941 roku. W rezultacie tej w sumie przypadkowej operacji w Bletchley Park powstała możliwość czytania niemieckich radiogramów przekazywanych za pomocą „Enigmy”. Nawet po wygaśnięciu czasu obowiązywania tych dokumentów, Brytyjczycy mieli tylko krótkotrwałe trudności z odczytywaniem nowych szyfrów. Każdy nowy miesięcznych klucz niemieckich sił podwodnych był rozszyfrowywany w czasie 2 dób.

Panuje przekonanie, że w okresie pomniejszym Brytyjczycy musieli zrezygnować z przeprowadzania dalszych operacji w celu zdobycia niemieckich materiałów szyfrowych w obawie by nie wzbudzić podejrzeń nieprzyjaciela co do bezpieczeństwa szyfrów. Trudno zgodzić się z taką opinią. Po pierwsze, praktycznie wszystko zdobyli już na pokładzie U 110, po drugie, kogo można było ewentualnie przechwycić w latach 1942-1943? Rozpoznaniem meteo zajmowały się już tylko okręty podwodne, a o przechwyceniu rajdera czy „przerywacza blokady” można było tylko pomarzyć, bowiem w przypadku własnego zagrożenia jednostki te dokonywały samozatopienia, a gdy stawiały opór niszczono je bezlitośnie. Gdy Niemcy w prowadzili szyfr „Triton”, Brytyjczycy mieli nadzieję na zdobycie nowych materiałów szyfrowych, co udało im się 30 października 1942 roku na pokładzie U 559. Do tego czasu, a więc przez niemal rok, nawet brytyjskie „komputery” niewiele mogły pomoc. A gdyby dzielni marynarze, z których 2 zginęło w czasie ryzykownej operacji, nie zdołali wyciągnąć nowej „Enigmy” z okrętu podwodnego? Jak wpłynęło by to nie tylko na dalszą walkę służb dekryptażu Niemiec i Wielkiej Brytanii, ale także na przebieg całej Bitwy o Atlantyk? Warto zastanowić się, czy w tym przypadku było by miejsce na wskazane wcześniej wątpliwości?

W końcowej fazie wojny Brytyjczycy, rzeczywiście utracili zainteresowanie do „kolekcjonowania” niemieckich maszyn szyfrujących. Widać było, że z pewną dozą wyższości liczyli iż Niemcy nie są w stanie wymyślać niczego gruntownie nowego, zaś służby dekryptażu w tym czasie pracowały bez zarzutu. Dlatego też w roku 1944 nawet nie próbowali pozyskać najnowszej „Enigmy” z zatopionego na Zatoce Fińskiej U 250. Maszyna ta nie stanowiła szczególnie cennej zdobyczy dla radzieckiej marynarki wojennej, bowiem służby tej floty nie dysponował technicznymi środkami do dekryptażu. Brytyjscy przedstawicie poprosili jedynie o informacje dotyczące torped akustycznych, których szerokie zastosowanie przez Niemców, stanowiło nadal zagrożenie ich interesów.

Rozumiejąc ogromne znaczenie informacji uzyskiwanych przez Brytyjczyków w wyniku rozszyfrowania niemieckich meldunków, warto zastanowić się nad pochodzeniem terminu „Ultra”, które wielu rozumie w różnoraki sposób. Jeden z naszych szanowanych kpt. I rangi (kmdr) doszedł

nawet do tego, że uznał za „Ultrę” urządzenie elektromechaniczne wykorzystywane do odczytywania radiogramów.

W rzeczywistości termin ten narodził się w brytyjskich służbach specjalnych. Jak pisze Beasly, na pewnym etapie w OIC doszli do wniosku, że trzeba znaleźć sposób „umożliwiający zapoznawanie się z rozszyfrowanymi radiogramami, jedynie niewielkiej grupie oficerów”. Wówczas współpracownik OIC cmdr (kmdr por.) Colpoise zaproponował nadanie takim materiałom gryfu „Ultra”. Z czysto brytyjskim poczuciem humoru Beasly zauważył, że „było to zapewne jedyne łacińskie słowo, jakie zdołał przypomnieć sobie dzielny cmdr”. W ten sposób terminem „Ultra” zaczęto potocznie nazywać wszystkie znane Brytyjczykom tajne informacje, otrzymane dzięki dekryptażowi5.

Rozszyfrowane radiogramy rodziły jednak inne problemy, wymagały podjęcia decyzji w zakresie kręgu ich odbiorców, tak by zaznajamiać z ich treścią tych, którym było to niezbędne. Teksty rozszyfrowanych w Bletchley Park radiogramów wysyłano dalekopisem do OIC Royal Navy, gdzie dokumenty trafiały do odpowiednich sekcji, a następnie były rozsyłane wg bardzo ścisłego rozdzielnika do: Głównego Sztabu Morskiego, dowódcy Home Fleet i innych flot, dowódcom lotnictwa obrony wybrzeża, bombowego i myśliwskiego, a także jeszcze kilku wyższym oficerom. Na czele tej listy znajdował się, czemu nie należy się w zasadzie dziwić – Pierwszy Lord Admiralicji adm. Dudley Pound. I tu jeden brytyjskich niuansów – Pierwszy Lord Admiralicji nie miał dopuszczenia do OIC i jego sekretów. W Admiralicji na rozdzielniku materiałów OIC znajdowali się: zastępcy i pomocnicy szefa Głównego Sztabu Morskiego, szefowie zarządów i ich zastępcy oraz oficerowie dyżurni Royal Navy. Przekazywanie informacji odbywało się za pomocą jednorazowych zaszyfrowanych notatek. Oryginał rozszyfrowanego tekstu był przekazywany wraz z komentarzami OIC, z tym że, fakty i oceny były wyraźnie rozgraniczone. Wykonawcy otrzymywali dla zachowania tajności źródła, informacje w maksymalny sposób „zamaskowana” danymi pochodzącymi z innych materiałów wywiadowczych.

Oczywiście nie wszystkie informacje z gryfem „Ultra” miały tę sama wagę i wartość operacyjną. Trudno powiedzieć by przechwycenie i rozszyfrowanie informacji o operacji „Zar” było dla Bletchley Park i OIC jakimś specjalnie wyróżniającym się wydarzeniem w toku stałego rozpracowywania przeciwnika.

Niszczyciel Tartar wraz z Somali przechwycił niemieckie trawlery meteorologiczne Munchen i Lauenburg wraz z maszynami szyfrującymi, księgami szyfrów, itp. / Zdjęcie: zbiory Mike Russell

Kropka nad „i”

Pozostaje pytanie: na jakim dokładnie etapie przekazu rozkazów od dowództwa do wykonawców operacji „Zar” nastąpił „przeciek” informacji, który ostatecznie doprowadził do przechwycenia Ulm? Aby spróbować tego dokonać, należy zapoznać się ze strukturą dowodzenia Kriegsmarine na północnym teatrze działań wojennych, jego funkcjami, porządkiem współdziałania, a także wykorzystywanymi systemami i kanałami łączności.

Organizacja dowodzenia niemieckimi siłami morskimi jako całością, a na północnym teatrze morskim w szczególności, w czasie wojny nie tylko pozostawała ociężała i mało zrozumiała, ale także podlegająca częstym zmianom.

Dowództwo operacyjne jednostek nawodnych i okrętów podwodnych na Północy znajdowało się w rękach sztabu Morskiej Grupy „Nord” (d-ca gen-adm. Rolf Carls), mieszczącego się w Kilonii, całkiem daleko od miejsca akcji. Bezpośrednie dowodzenie operacjami na wodach arktycznych sprawował tak zwany „Admirał Arktyki” (adm. Hubert Schmundt, a od sierpnia 1942 r. wiceadm. August Thiele), którego sztab mieścił się w Narwiku na pokładzie jednostki sztabowej Tanga. Poza tym w Norwegii znajdował się jeszcze dowódca floty nawodnej (gen-adm. Otto Schniewind), który latem 1942 przebywał na pokładzie okrętu liniowego Tirpitz. Choć operacyjnie podlegał on dowództwu Grupy „Nord”, to właśnie w jego gestii znajdowało się taktyczne dowodzenie dużymi okrętami nawodnymi. W Narwiku stacjonował dowódca zespołu krążowników wiceadm. Oskar Kummetz. W Norwegii rozmieszczone były także inne szczeble dowodzenia, o niekiedy zupełnie egzotycznych nazwach, w których wzajemnym splocie trudno się połapać – „Admirałowie wybrzeża”, dowódcy i kapitanowie portów, dowódcy rożnych flotylli i pododdziałów obrony wybrzeża, a także lotnictwa morskiego.

Łączność między rozmaitymi sztabami morskimi była zorganizowana za pomocą linii dalekopisowych i telefonicznych, rozciągniętych na setki kilometrów w tundrze, o których Niemcy mieli nadzieję, że są poza dostępem nieprzyjaciela. Ponieważ jednak Niemcy nie mieli fizycznej możliwości pełnego zabezpieczenia na całej długości linii łączności w tundrze, szwedzkie służby wywiadu znalazły sposób podłączenia się do nich i czerpania tą drogą ważniejszych informacji o zamiarach Wehrmachtu, Luftwaffe i Kriegsmarine. Te informacje docierające do Brytyjczyków za pośrednictwem attache morskiego Denhama, oceniane były jako „wyjątkowo ważne”.

Nie możemy prześledzić wszystkich niuansów opracowania planów w głębi struktur Kriegsmarine. W charakterze przykładu możemy posłużyć się informacją zawartą w książce D. Irving Rozgrom konwoja PQ-17.

W toku ustalania planu operacji „Rosselsprung” adm. Carls osobiście wyjaśniał swoim podkomendnym adm. Schniewind i adm. Schmundt szczegóły opracowanego w jego sztabie planu, a dopiero później sztab SKL uwzględnił zalecenia Grupy „Nord” i szczegółowe propozycje dowódcy floty. Schniewind i Carls uzgadniali szczegóły operacji korzystając z dalekopisu, podobnie rzecz miała z łącznością między Narwikiem i Kilonią. W tym czasie Carls kontaktował się z SKL telefonicznie, na obszarze Rzeszy nie zachodziła obawa podłączenia się przeciwnika do kanałów łączności. Dowódca Kriegsmarine wielki admirał Erich Raeder prowadził wszystkie rozmowy z Kilonią drogą radiową, a w szeregu przypadków również telefonicznie. Drogą radiową przekazywano również zaszyfrowane rozkazy dla niemieckich okrętów liniowych, a następnie również i same rozkazy z Kilonii. Oczywiście dla szybkiego przekazywania informacji operacyjnych sztabom Schmundta, Schniewinda, Kummetza, SKL, sztabowi 5 Floty Powietrznej, adm. Carls korzystał również z radia. Nie mówiąc już o wysłaniu radiogramu do Schniewinda z rozkazem wyjścia w morze i trasa rejsu. Tym samym Niemcy aktywnie korzystali z eteru, zapominając o ostrożności, choć cały czas dysponowali siecią łączności telefonicznej i dalekopisowej. Zrozumiałe, że podobne powiązania i uzgodnienia wymagały zwiększonej eksploatacji różnorodnych kanałów łączności, dając tym samym przeciwnikowi możliwość przeniknięcia zamysłów niemieckiego dowództwa.

Co prawda, Beasly nie akcentuje szczególnie faktu rozszyfrowania radiogramów rozmów wyższych szczebli dowodzenia Kriegsmarine, potwierdzając jedynie ich przechwytywanie. Z duża łatwością Brytyjczycy również przechwytywali rozmowy między niemieckimi okrętami stacjonującymi w Westfjord i Altenfjord. Zrozumiałe, że bezpośrednio przed wyjściem w morze okręty zachowywały ciszę radiowa, natomiast płynął do nich potok instrukcji i informacji z rożnych brzegowych organów dowodzenia. Bez trudności przechwycono przykładowo, meldunki z niemieckich niszczycieli eskortujących Tirpitz we wrześniu 1942 czy Scharnhorst w grudniu 1943. Meldunki z zespołów znajdujących się na morzu, były rozszyfrowane zadziwiająco szybko: do Narwiku w ciągu 1 godz., do sztabu Grupy „Nord” – w 2 godz., a do sztabu SKL – 3 – 4 godz. (prawda, już we wrześniu 1943 r.) Radiogramy dowództwa niemieckich sił podwodnych na Północy odczytywano po 3 godz. od chwili przechwycenia, a radiogramy z niemieckich samolotów – natychmiast. Wyławiano również i deszyfrowano takie „drobiazgi” jak rozkaz dla kutra trałowego R 121 o dostarczeniu na pokład Scharnhorst kontradm. Beya czy rozkaz o wyjściu w morze patrolowca V 5903. Często radiogramy przechwycone z Północnej Norwegii były mało pewne, jednak wypada przypomnieć, że Brytyjczycy przez całą wojnę odczytywali szyfr „Hydra”, chociaż niekiedy mieli przerwy związane z złożonością nowych tabel szyfrów, które musieli na bieżąco sprawdzać. Beasly podkreśla, że właśnie tym szyfrem posługiwały się na wodach przybrzeżnych patrolowce i trałowce eskortujące okręty podwodne w czasie wyjścia w morze i zmianach dyslokacji między bazami, których meldunki czytano regularnie. Z tych meldunków przekazywanych przy pomocy kodu „Hydra” przez małe jednostki, Brytyjczycy czerpali informacje o planach wykorzystania przez Niemców dużych okrętów nawodnych.

Z przedstawionych wyżej informacji można wyciągnąć pewne wnioski o przyczynach porażki operacji „Zar”. Pewne szczegóły planu operacji Brytyjczycy mogli otrzymać od Szwedów z nasłuchu rozmów między Narwikiem i Kilonią, prowadzonych przy użyciu linii kablowych. Potwierdzenie występowania takiej możliwości znajdujemy w pracy M. Jokipii Finlandija na puti k wojnie. Fiński autor pisze, że szwedzki wywiad złamał niemieckie szyfry, dzięki czemu „dyplomatyczne i wojskowe komunikaty można było czytać jak otwartą książkę”.

Brytyjski wywiad radiowy mógł otrzymać informację o rozpoczęciu operacji z rożnych źródeł. Po pierwsze, stawiacz min w czasie wyjścia w morze był eskortowany przez niszczyciele, po drugie, przed wyjściem trałowce przetrałowały farwatery, po trzecie, okręty podwodne otrzymały rozkaz o retransmisji meldunków z Ulm. Wszystkie przechwycone rozmowy rozszyfrowano w Bletchley Park i przekazano do OIC Royal Navy. Oczywiście trudno niedoceniać również znaczenia innych źródeł wywiadowczych, zwłaszcza wywiadu agenturalnego. Co prawda, informacje o możliwościach brytyjskiej agentury w Norwegii są dość zróżnicowane. Beasly w swojej pracy mówi o słabości norweskiej agentury w początkach 1942 roku, jej kiepskiej organizacji i brakach środków technicznych, które trudno było zrekompensować meldunkami z brytyjskich okrętów podwodnych operujących u brzegów Norwegii. Przyznaje on jednak, że później „norweska agentura pokazała jeszcze swój pazur”. Dla odmiany D. Irving zauważa, że „…w rejonie Altenfjord sojusznicy dysponowali bardzo pewnym źródłem”. Również niemiecki admirał Schmundt potwierdzał, że „na podstawie dotychczasowych doświadczeń, trzeba stwierdzić, iż o ruchach naszych okrętów donosili ciągle drogą radiową agenci przeciwnika”.

Mimo to, nie bacząc na dobrą informację brytyjskich służb specjalnych o zamiarach nieprzyjaciela, przechwycenie Ulm w dużej mierze można uznać za rzeczywiście przypadkowe. Gdyby w Murmańsku nie znajdował się akurat zespół sojuszniczych okrętów, niemiecki stawiacz min „wyszedł by suchą nogą z opresji”, zaś brytyjskie niszczyciele praktycznie były by pozbawione możliwości rozstrzelania niemal bezbronnej jednostki6.

Beasly potwierdza, że rozkaz przechwycenia wydała Admiralicja, jednak nie precyzuje kto i na jakim szczeblu podjął decyzję. Jedno jest pewne, nie uczestniczy w tym procesie dowódca Home Fleet adm. John Towey, który znajdował się w stałym konflikcie z Admiralicja, protestując przeciwko jej wtrącaniu się w dowodzenie operacyjne.

Przechwycenie nastąpiło raptem w 5 godzin po otrzymaniu radiogramu Admiralicji. Przedziwna operatywnośc! Brytyjczyków nie wstrzymała nawet możliwość przechwycenia przez Niemców tak bezapelacyjnego rozkazu, który jasno wskazywał na źródło informacji. W tym przypadku nie starczyło bowiem czasu na odpowiednie „zamaskowanie” motywów rozkazu, jak to zwykle czyniono w przypadku korzystania z materiałów „Ultry”, które „przykrywano” innymi źródłami informacji. Był to środek niezbędny, bo według słów Irvinga „niemiecka służba dekryptażu osiągnęła w tym czasie [lipiec 1942] apogeum swojej efektywności i jak dziś wiadomo z niemieckich archiwów, radiogramy Admiralicji były regularnie przechwytywane i odczytywane”. Na Północy zajmowała się tym kompania nasłuchu radiowego 5 pułku łączności Luftwaffe, stacjonująca w Kirkenes.

Dlaczego Brytyjczycy postanowili aż tak zaryzykować zupełnie nie wiadomo. Powinni byli przypuszczać, że przechwycenie zwykłego stawiacza min, wykonującego drugorzędne i lokalne zadanie (w dodatku jeszcze poza swoją strefą operacyjną), może spowodować podejrzenia Niemców co do niezawodności własnych szyfrów. W OIC doskonale wiedziano, że przy braku innych informacji o pozycji Ulm, nie należało korzystać z danych „Ultry”. „Okazja” była jednak zbyt duża by z niej zrezygnować! Ryzyko było jednak usprawiedliwione: zatopienie stawiacza min nie wzburzyło specjalnie Niemców, którzy po raz kolejny zapisali je na konto „przypadku”.

Najprawdopodobniej, przy braku istotnych sukcesów wojennych, przechwycenie Ulm odbyło się pod hasłem „na bezrybiu i rak ryba” W paśmie porażek ten incydent był przecież jaśniejszym punktem. Na tajemnice podjętej decyzji światło rzucić mogli jedynie oficerowie OIC, a szczególnie młodszy oficer Garrison, który odpowiadał za sytuację na wodach norweskich. Tym samym, w tych okolicznościach na zakończenie artykułu wypada postawić wielokropek zamiast kropki.

Tłumaczenie z języka rosyjskiego
Maciej S. Sobański

Bibliografia:

1. Annin B., Pietrowicz A., Radioszpionaż, Moskwa 1996
2. Beesly P., Razwiedka osobowo naznaczenija. Istorija opieratiwnogo razwiedywatielnogo centra angliskogo Admiraltiejstwa 1939-1945. tłum. z ang., Moskwa 1981.
3. Donitz K., Niemieckije podwodnyje łodki we Wtoroj mirowoj wojnie, tłum. z niem., Moskwa 1964.
4. Irving D., Razgrom konwoja PQ-17, tłum z. ang. Moskwa 1971.
5. Jokipii M., Finłandija na puti k wojnie, tłum. z fiń., Pietrozawodsk 1999.
6. Krasnoznamiennyj BaΠtijskij fłot w Wielikoj Otieczestwiennoj wojnie 1941-1945 gg, Moskwa 1981.
7. MacLachlan D., Tajni angliskoj razwiedki (1939-1945), tłum. z ang. Moskwa 1971.
8. Morozow M. E., Esmincy w gody tiażełych ispytanij, / Britanskije esmincy w boju, Cz. 3, Moskwa 1998.
9. Richelson J. T., Istorija szpionaża, tłum. z ang. Moskwa 2000.
10. Roskill S., Fłot i wojna, tłum. z ang. T. 1-2, Moskwa 1967/1970.
11. Ruge F., Wojna na morie 1939-1945, tłum. z niem. Moskwa 1957.
12. Suprun M.N., Lend-Lease i siewiernyje konwoi 1941-1945 gg, Moskwa 1997.
13. Winterbotem F., Operacja „Ultra”, tłum. z ang. Moskwa 1978.
14. Charłamow N. M., Trudnaja missija, Moskwa 1983.
15. Bagnasco E., U-boote im zweiten Weltkrieg, Stuttgart, 1994.
16. Groner E., Die deutschen Kriegsschiffe 1815-1945, bd. 3, Bonn 1985.
17. Kriegstagebuch der Seekriegsleitung, bd. 36, Herford/Bonn 1991.
18. von Kutzleben K., Schroeder W., Brennecke J., Minenschiffe 1939-1945, Herford 1974.
19. Lohmann W,. Hildebrand H., Die deutsche Kriegsmarine 1939-1945, bd 1, Bad Nauheim 1957.
20. Meister J., Der Seekrieg in dem osteuropaischen Gewassern 1941-1945, Munchen 1958.
21. Rohwer J., Hummelchen G., Chronology of the Warat Sea 1939-1945, Annapolis 1992.

--------------------

1. pierwsza grupa składała się z amerykańskiego krążownika Tuscaloosa, niszczycieli Rodman i Emmons, drugą stanowiły brytyjskie niszczyciele Martin, Marne i Onslaught. W połowie sierpnia okręty te dostarczyły do Północnej Rosji personel naziemny 2 eskadr torpedowych RAF, zapasowe lufy i amunicję dla jednostek plot., a także nie przyjęty przez stronę radziecką brytyjski szpital morski.
2. w tym czasie niemieccy artylerzyści uzyskali bezpośrednie trafienie w niszczyciel Martin.
3. przedstawione cyfry pochodzą z pracy K. Kutzleben Minenschiffe 1939-1945, jednak nie znajdują potwierdzenia w liczebnym spisie załogi. Wg danych E. Groner, zatopienie Ulm kosztowało życie 141 członków załogi.
4. wg informacji adm. N. M Charłamowa, który w latach wojny był attache morskim w Londynie, na pokładzie niszczyciela Onslaught znajdował się radziecki oficer służby konwojowej N. W. Iwliew. Brytyjczycy pozwolili mu nawet na przesłuchanie jeńców, choć w obecności z-cy d-cy niszczyciela
5. F. Winterbotem w swojej pracy Operacja „Ultra” sobie przypisuje narodziny terminu. Mówi mianowicie, że początkowo zdecydowano o oznaczaniu materiałów uzyskanych za pomocą „Enigmy” gryfem „Ultra secret”, który później skrócono do samego „Ultra”. Te różnice są zrozumiałe, bowiem autor reprezentował w Intelligence Service interesy RAF i rzecz jasna przeceniał swój wkład w organizację wykorzystania rozszyfrowanych materiałów, spychając na drugi plan specjalistów z Bletchley Park – rzeczywistych głównych uczestników tej tajnej operacji wywiadowczej.
6. kompetentny historyk Jurgen Rohwer przypisuje przypadek przychwycenia Ulm niekorzystnemu zbiegowi okoliczności, ponieważ brytyjskie niszczyciele miały jakoby przeprowadzać „wypad przeciwko arktycznym wybrzeżom Norwegii” (Chronology of the War at Sea 1939-1945 wydanie z 1992).

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy


Odśwież